BIBLIOTEKA INTERNETOWA Strażnicy
BIBLIOTEKA INTERNETOWA
Strażnicy
polski
  • BIBLIA
  • PUBLIKACJE
  • ZEBRANIA
  • w82/16 ss. 20-24
  • Wytrwanie po tragicznej stracie

Brak nagrań wideo wybranego fragmentu tekstu.

Niestety, nie udało się uruchomić tego pliku wideo.

  • Wytrwanie po tragicznej stracie
  • Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1982
  • Śródtytuły
  • Podobne artykuły
  • ARESZTOWANIE I EGZEKUCJA
  • OBRONA PRZED ZGORZKNIENIEM
  • POCIESZONA NIE PRZEZ CZŁOWIEKA, LECZ PRZEZ BOGA
  • PASJONUJĄCE LATA POWOJENNE
  • RADOŚĆ Z WYTRWANIA
  • Dlaczego nie obawiali się mówić
    Przebudźcie się! — 1995
  • Zbliżenie się do Boga pomogło mi przetrwać
    Przebudźcie się! — 1993
  • Z mrocznego lochu w Alpy Szwajcarskie
    Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 2004
  • Holocaust — ofiary czy męczennicy?
    Przebudźcie się! — 1989
Zobacz więcej
Strażnica Zwiastująca Królestwo Jehowy — 1982
w82/16 ss. 20-24

Wytrwanie po tragicznej stracie

Opowiada Elise Harms

PONAD czterdzieści lat temu, dnia 8 stycznia 1941 roku, mąż mój Johannes Harms oddał życie, a odebrali mu je hitlerowcy. Dlaczego? Ponieważ sumienie nie zezwalało mu na branie udziału w wojnie, w mordowaniu swych bliźnich po drugiej stronie linii frontu. Nieugięcie też odmawiał wykonywania pozdrowienia „Heil Hitler”. Johannes nie zawahał się przestrzegać chrześcijańskiej neutralności nawet z narażeniem własnego życia.

Nigdy nie zapomnę treści wzruszającego listu, jaki tuż przed egzekucją wysłał do swego ojca Martina. Mój mąż napisał tam:

„Teraz i mnie dano sposobność udowodnienia wierności wobec Pana aż do śmierci — a właściwie nie tylko aż do śmierci, lecz nawet w śmierci. Wyrok został już ogłoszony i trzymają mnie skutego zarówno w dzień, jak i w nocy; te ślady [na papierze] pochodzą od kajdanek. Ale nie odniosłem jeszcze pełnego zwycięstwa. Nie jest łatwo dla Świadka Jehowy wytrwać na posterunku. Mnie również dają możliwość uratowania ziemskiego bytu, chociaż tym samym naraziłbym się na utratę prawdziwego życia. Tak, Świadkom Jehowy udostępnia się sposobność złamania swego ślubowania nawet przed samą gilotyną. Dlatego i walka się dla mnie nie skończyła; muszę odnieść jeszcze niejedno zwycięstwo, zanim będę mógł powiedzieć: ‛Stoczyłem dobry bój, zachowałem wiarę, a teraz oczekuje mnie korona sprawiedliwości, którą mi da Pan, sprawiedliwy Sędzia’. Walka jest niewątpliwie trudna, lecz jestem z całego serca wdzięczny Panu, że nie tylko udzielał mi dotąd siły, ale w obliczu śmierci dał mi nastrój radości, który chętnie bym przekazał wszystkim moim bliskim.

„Kochany Ojcze, jesteś również więźniem, a czy mój list w ogóle dotrze kiedyś do Ciebie, tego nie mogę wiedzieć. Jeżeli znowu odzyskasz wolność, pozostań dalej wierny, tak jak teraz, bo wiesz przecież, że kto przykłada rękę do pługa i ogląda się wstecz, ten nie jest godzien Królestwa Bożego. (...)

„Kiedy będziesz, Drogi Ojcze, z powrotem w domu, zaopiekuj się bardzo troskliwie moją kochaną Lizą, bo będzie jej niezmiernie ciężko żyć ze świadomością, że już nie ma na kogo czekać. Wiem, że się tym zajmiesz, i dziękuję Ci z góry. Kochany Ojcze, wołam do Ciebie w duchu: pozostań wierny, jak ja starałem się dochować wierności, a wówczas spotkamy się znowu. Będę myślał o Tobie aż do końca”.

Być może ciekawi cię, czytelniku, co się potem działo z ojcem Johannesa i ze mną po jego egzekucji. Czy wytrwaliśmy, czy zachowaliśmy wierność wobec Jehowy, jak nas zachęcał Johannes?

Otóż ojciec jego, Martin, przebywał wtedy w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, gdzie też pozostał do końca wojny. Potem wrócił do domu w Wilhelmshaven i dał duży wkład w zorganizowanie zboru Świadków Jehowy. Lojalnie służył Jehowie Bogu aż do dnia śmierci, a zmarł w roku 1976 w sędziwym wieku 90 lat.

Jeżeli chodzi o mnie, to zajmuję małe mieszkanko tutaj w Wilhelmshaven, gdzie się wychowałam i gdzie w 1936 roku wydałam się za Johannesa. Chociaż nie należę już do najzdrowszych, jestem w dalszym ciągu czynna jako Świadek Jehowy.

Czy wyszłam ponownie za mąż? Nie. Z biblijnego punktu widzenia byłam oczywiście wolna i mogłam to uczynić. Ale nie zdobyłabym się na to. Czy miałabym szukać szczęścia w ramionach innego mężczyzny po tym, jak Johannes w tak trudnych okolicznościach zachował wierność? Nie, dla mnie osobiście taka myśl była nie do przyjęcia.

Zanim opowiem, co mi pomogło przetrwać w ciągu ponad 40 lat różne przecież sytuacje, powrócę do tamtych czasów i do warunków, które doprowadziły do ścięcia Johannesa.

ARESZTOWANIE I EGZEKUCJA

Johannes został aresztowany 3 września 1940 roku. Było to już jego drugie uwięzienie od czasu naszego ślubu. Razem z siostrą odwiedzałam go co trzy lub cztery tygodnie. Już podczas drugich odwiedzin dowiedziałyśmy się, że został skazany na śmierć. Dlatego nie byłam kompletnie zaskoczona, gdy go 8 stycznia 1941 roku stracono, chociaż naturalnie było to dla mnie ciężkim przeżyciem.

Wiedziałam w każdym razie, że Johannes nie uczynił nic złego. Wiedziałam również, że funkcjonariusze państwowi kilkakrotnie próbowali różnymi sposobami skłonić go do kompromisu. Nie było dla mnie tajemnicą, że przeżywał trudne chwile, w których niewiele mogłam mu pomóc. Dlatego też gdy mnie zawiadomiono o jego ścięciu, lżej mi było pomyśleć, iż jest już po wszystkim. O sobie wtedy zupełnie nie myślałam; konkluzja moja była taka: „Teraz już go nie przerobią. Nie grozi mu niebezpieczeństwo odstąpienia od wiary. Wytrwał w wierności do śmierci”.

Byliśmy małżeństwem zaledwie cztery lata i osiem miesięcy. Zaręczyliśmy się jakieś 3 lata wcześniej i bylibyśmy wzięli ślub prędzej, lecz stale go odraczaliśmy, zdając sobie sprawę, jakie kłopoty mogą nam spaść na głowę w każdej chwili. W Niemczech akurat nastały wtedy czasy krytyczne, a działalność Świadków Jehowy została zakazana.

Ojca Johannesa, który był już po raz drugi uwięziony, pewnego dnia niespodziewanie wypuszczono na wolność i wtedy postanowiliśmy mimo wszystko się pobrać. Dobrze pamiętam ten piękny wiosenny dzień w maju 1936 roku! Byliśmy szczęśliwym małżeństwem i tak to trwało do chwili aresztowania męża przez hitlerowców.

OBRONA PRZED ZGORZKNIENIEM

Przeciwności życiowe powodują nieraz, że ludzie pogrążają się w rozgoryczeniu. Zaczynają wątpić o miłości Bożej. Krytykują Go, a nawet posuwają się dalej, podając w wątpliwość Jego istnienie. Kiedy ścięto Johannesa, wiedziałam, że była po temu przyczyna; został zamordowany za lojalność wobec Boga. Jednakże w sześć miesięcy po tej stracie ponownie dotknęła mnie śmierć — zmarła moja matka! Muszę przyznać, że wtedy trochę pospierałam się z Bogiem. Zastanawiałam się: „Dlaczego została mi teraz odebrana również ta, która była całą moją podporą w okresie takiego smutku?”

Krótko potem jednak poznaliśmy z bliska prawdziwe okropności wojny — na przykład naloty bombowe, które całkowicie zburzyły niektóre miasta niemieckie. Ponieważ musiałam wychodzić do pracy, aby zarobić na utrzymanie, przyszło mi na myśl: „Kto w tych trudnych czasach opiekowałby się matką, gdyby jeszcze żyła? Zupełnie straciła wzrok, kto więc zająłby się nią i sprowadził do schronu?” Doprawdy ciężko by jej było żyć. Powoli odzyskiwałam równowagę, bo zrozumiałam, że czasem Jehowa dopuszcza pewne rzeczy dla nas niepojęte, które jednak w rzeczywistości tylko potwierdzają, iż „odznacza się nader tkliwym uczuciem i miłosierdziem” (Jak. 5:11). Nabrałam przeświadczenia, że jak długo zachowujemy właściwą postawę i całkowicie ufamy Bogu, zawsze wszystko obraca się na naszą korzyść.

Mogę to poprzeć także innym przykładem. Zajmowaliśmy czteropokojowe mieszkanie, ale po egzekucji mego męża straciłam prawo do niego. Musiałam je opuścić, lecz dokąd miałam pójść? Jakby cudem żona pewnego wysokiego oficera zaproponowała mi nagle podnajem trzech pokoi w ich mieszkaniu, ponieważ mąż otrzymał przeniesienie. Z ciężkim sercem wyprowadzałam się z miejsca, gdzie przebywałam wspólnie z Johannesem. Ale jak myślisz, czytelniku: co zdarzyło się pół roku później? W czasie nalotu celna bomba całkowicie zburzyła tamten dom.

POCIESZONA NIE PRZEZ CZŁOWIEKA, LECZ PRZEZ BOGA

W chwili egzekucji Johannesa byłam zatrudniona w pewnym biurze. Kiedy współpracownicy się dowiedzieli, co zaszło, próbowali na swój sposób mnie pocieszyć. Między innymi zapraszali mnie na swoje spotkania towarzyskie. Ceniłam ich dobre chęci, ale prawdziwe pocieszenie znalazłam gdzie indziej — u Jehowy Boga i w Jego Słowie, Biblii.

Przykro powiedzieć, ale byli też inni, którzy wypowiadali nie bardzo zachęcające słowa. Przypominam sobie, jak kiedyś pewna kobieta palnęła mi krótko po śmierci Johannesa: „Sami sobie jesteście winni; nie musiało do tego dojść. To wina pani męża”.

Jak można tak mówić! Chociaż — w pewnym sensie miała rację i nawet jej to powiedziałam. Faktycznie była to nasza własna „wina”. Johannes mógł chyba tego uniknąć. A gdybym próbowała nakłonić go do kompromisu, i gdyby mi się to udało, być może również bym temu zapobiegła. Ale jakże byłam szczęśliwa, że oboje pozostaliśmy silni duchowo i wytrwaliśmy! Chętnie więc wzięłam na siebie część „winy”.

Miałam oczywiście też chwile słabości. Jehowa jednak naprawdę „odznacza się nader tkliwym uczuciem” i zawsze zsyłał mi pocieszenie, nieraz zgoła w osobliwy sposób. Przypominam sobie pewną niedzielę mniej więcej w trzy miesiące po śmierci Johannesa. Pogoda była ponura, a to — jak wiadomo — wywiera silny wpływ na człowieka, który dużo przeżył. Większą część dnia przepłakałam, przechodząc z pokoju do pokoju, choć matka szła za mną i wciąż na nowo próbowała mnie uspokoić. Starałam się wstrzymywać łzy, lecz nie mogłam ich opanować. Pamiętam, jak sobie myślałam: „Przedtem przynajmniej raz w miesiącu przychodził list, a teraz co? Nie ma już na co liczyć, ani na jedną linijkę. Ach, gdybym tak mogła dostać list — chociaż jeden jedyny!”

Później, ale jeszcze tego samego dnia, otworzyłam szafę i zaczęłam przeglądać rzeczy męża, które mi odesłano do domu po egzekucji. Znajdowała się wśród nich skórzana pochewka, w której przechowywał ołówki i inne drobiazgi. Nagle zauważyłam, że jedna strona jest jakby grubsza. Pomyślałam, że tam jest coś w środku. Rozprułam ten bok i wyciągnęłam palcami niewielkie kartki papieru. Tak, to były naprawdę listy od Johannesa! Zapisał te kartki bardzo drobno w formie pamiętnika. Było aż 20 takich listów. Wyobraźcie sobie, jak się poczułam! Ucieszyłby mnie jeden list, a tu 20! Pamiętam do dziś, że obiecałam Jehowie: „Nigdy więcej nie będę narzekać!”

PASJONUJĄCE LATA POWOJENNE

Mimo upływu ponad 40 lat nigdy nie pomyślałam o rezygnacji. Dlaczego zresztą miałabym się wycofywać? Johannes swoją śmiercią przyczynił się do wywyższenia imienia Jehowy; mogę dołożyć do tego swoją cegiełkę, trwając w wierności, dopóki stanie życia. (Zobacz List do Rzymian 12:1). Nie było to oczywiście łatwe zadanie i nie podołałabym temu o własnych siłach. Niezmiernie ważną pomocą była dla mnie modlitwa. Poza tym za prawdziwe błogosławieństwo uważam głoszenie o Królestwie Bożym innym ludziom. Ilekroć poczułam opanowujący mnie smutek, wyruszałam do nich z „dobrą nowiną”. Kiedy się człowiek stara pocieszać drugich na podstawie Biblii, zapomina o własnych kłopotach.

W późniejszym okresie stało się dla mnie możliwe, by zaprzestać pracy zarobkowej. Mogłam więc poświęcić więcej czasu na szerzenie „dobrej nowiny”. Pewien brat duchowy podarował mi mały samochód, wobec czego zaczęłam wyjeżdżać w tym samym celu na tereny pozamiejskie, gdzie też udało mi się założyć kilka studiów biblijnych u osób zainteresowanych prawdą. Szczególnie dobrze zapamiętałam jedno:

Pewnego dnia, a było to w czwartek po południu, przy kolejnych drzwiach otworzyła mi kobieta i pamiętam, że jej powiedziałam: „Byłoby lepiej, gdybyśmy mogły te sprawy omawiać systematycznie na podstawie podręcznika”. Zgodziła się z tym. Dodałam więc zaraz: „Mamy też bardzo miłe spotkania. Gdyby to pani odpowiadało, mogłabym panią zabrać w niedzielę na takie zebranie”. Nie chciałam marnować czasu i przystąpiłam od razu do rzeczy.

Rozmówczyni również na to wyraziła zgodę. Dlatego w najbliższą niedzielę zapukałam do jej drzwi, aby ją podwieźć. Usłyszałam wtedy: „Proszę wejść na chwilkę. Mąż nie zdążył jeszcze się przygotować do wyjścia”.

„Co?” Zdaje się, że nie udało mi się ukryć zdumienia. „Pani mąż postanowił przyłączyć się do nas?”

Tak było, towarzyszył nam na tym zebraniu. Następnie opowiedziałam im o innych naszych spotkaniach i zaczęli również na nie przychodzić. Wkrótce potem zostali ochrzczeni, a w ich mieszkaniu zorganizowano zborowe studium książki. Dzisiaj, to znaczy prawie 30 lat później, w dalszym ciągu mieści się tam taki ośrodek.

RADOŚĆ Z WYTRWANIA

Patrząc teraz wstecz mogę śmiało powiedzieć, że wytrwanie ułatwiło mi niemało okoliczności. Przede wszystkim było dobrze, że razem z Johannesem staraliśmy się przygotować na próby ewentualnie czekające nas w przyszłości. Przemyśleliśmy z góry, w jakiej sytuacji możemy się znaleźć, i postanowiliśmy naprzód, co wtedy uczynimy; niewątpliwie pomogło to nam obojgu, gdy faktycznie nadeszły trudności.

Unikaliśmy również wszystkiego, co by mogło dodatkowo utrudnić nasze położenie. Mimo że byliśmy młodym małżeństwem, na przykład nie zaciągaliśmy niepotrzebnych długów. Lżej było dzięki temu każdemu z nas.

Ponadto w ciągu następnych lat nauczyłam się nie oczekiwać zbyt wiele od innych. Czasem może się nam wydawać, że chrześcijańscy bracia odwiedzają nas zbyt rzadko albo nie poświęcają nam dostatecznej uwagi. Ale dlaczego miałabym zabierać im czas i siły, które przeznaczyli dla własnych rodzin i na liczne obowiązki zborowe? Uświadomiłam sobie, że jeśli nie będę za dużo oczekiwać od innych, nie tak łatwo spotka mnie rozczarowanie. Jeżeli ktoś zrobi coś dla mnie z życzliwości lub troskliwości, tym lepiej i mogę za to dodatkowo dziękować Jehowie.

Najważniejszy chyba jednak był fakt, że w całej pełni zdałam się na Jehowę i przedstawiałam Mu w modlitwie wszystkie swoje kłopoty.

Mąż w ostatnim liście, jaki napisał do mnie zaledwie kilka godzin przed egzekucją, pięknie wyraził myśl, która stale towarzyszyła mi od tego czasu i która również zachęcała mnie do wytrwania: „Nie dotrzymujemy wierności naszemu Bogu dla samej nagrody, lecz i po to, aby swoją stałością w służbie dla Niego udowodnić, iż ludzie tacy jak Hiob są w stanie wytrwać przy Nim nawet w najtrudniejszych próbach”.

Jakże szczęśliwy byłby Johannes, gdyby wówczas wiedział to, co ja wiem teraz! Cieszyłby się, że jego ojciec przez pięć dziesiątków lat trwał w służbie Jehowy aż do końca swego ziemskiego biegu i że ponad 40 lat po jego ścięciu ciągle jeszcze jego „kochana Liza” jest wśród tych szczęśliwych, którzy starają się trwać w wierności.

[Ilustracja na stronie 22]

Johannes Harms i zawiadomienie o jego śmierci otrzymane od władz hitlerowskich

    Publikacje w języku polskim (1960-2026)
    Wyloguj
    Zaloguj
    • polski
    • Udostępnij
    • Ustawienia
    • Copyright © 2026 Watch Tower Bible and Tract Society of Pennsylvania
    • Warunki użytkowania
    • Polityka prywatności
    • Ustawienia prywatności
    • JW.ORG
    • Zaloguj
    Udostępnij