Ewolucjoniści wyprowadzeni w pole
Na światło dzienne wyszły nowe szczegóły dotyczące dawno już zdemaskowanej mistyfikacji ewolucyjnej, zwanej „człowiekiem z Piltdown”. Odpowiedzialność za popełnienie oszustwa, które przez dziesiątki lat wielu naukowców brało za dobrą monetę, została wyłącznie przypisana Arturowi Dawsonowi, prawnikowi z zawodu. Tymczasem świeże informacje wyraźnie wskazują na to, że w grę wchodził również zdecydowanie nienaukowy konflikt między dwoma uczonymi przyrodnikami.
Pewien profesor kiedyś blisko współpracujący na Uniwersytecie Oxfordzkim z profesorem Williamem Sollasem ujawnił niedawno, że ten ostatni chował urazę do Sir Arthura Smitha Woodwarda, kustosza zbiorów geologicznych w Muzeum Brytyjskim. Woodward zlekceważył jakieś odkrycie Sollasa, który najwidoczniej postanowił odwzajemnić się „pułapką zastawioną przez jednego wybitnego geologa, aby drugiego wystrychnąć na dudka”, jak to opisał dziennik „New York Times”.
Właśnie Sollas miał spreparować fałszerstwo, które później „znalazł” Dawson. Woodward dał się zwieść i poparł znalezisko całym autorytetem swego Muzeum. Tysiące ewolucjonistów akceptowały „człowieka z Piltdown” jako fakt ewolucyjny od roku 1912 do połowy lat pięćdziesiątych, gdy go ostatecznie odrzucono. Jeżeli naukowcy tak łatwowiernie podchwytują „dowody”, aby poprzeć swe ulubione hipotezy, to czy i my mamy być tak łatwowierni, by przyjmować wszystko, co głosi nauka na przekór Biblii?